ADVERTISEMENTS

Gra na czas, taktyczne faule i tempo. Arsenal przesiąkł piłkarskim "złem" w drodze po sukces

Kanonierzy pokazują swoją drapieżność. W przeciwieństwie do kolektywnego stylu, z którym długo byli kojarzeni, drużyna Artety w tym sezonie odsłoniła stronę swojej gry, która dotąd była w cieniu. Przez kilka sezonów Arsenal był postrzegany jako wyrafinowana wersja piłki pozycyjnej – a jego trener jako jeden z najwierniejszych uczniów Pepa Guardioli – stopniowo jednak przeszedł do znacznie bardziej pragmatycznego stylu.

Najpierw zaczął systematycznie wykorzystywać stałe fragmenty gry, które stały się główną bronią zespołu. Następnie, krok po kroku, rozwijał "brudny" styl futbolu. Do tego stopnia, że niektóre media otwarcie mówią już o zachowaniach na granicy oszustwa.

Dziś Arsenal należy do najlepszych defensywnych drużyn w Europie. Traci bardzo mało goli i jest bezlitośnie skuteczny przy stałych fragmentach gry, które stały się jego znakiem rozpoznawczym.

To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Bo piłka nożna pozwala bawić się przepisami, a Arsenal doskonale o tym wie. Dlatego przesuwa się na samą ich granicę.

Wykorzystywanie czasu, szukanie fauli w określonych strefach, taktyczne interwencje mające na celu przerwanie kontrataków rywala. Jasny obraz pierwszych lat Artety w zespole, czyli "Baby Gunners" zakochani w pięknej piłce, zamienił się w coś znacznie bardziej wyrachowanego. Witamy w erze "Bad Gunners".

Przyspieszyć? Sztuką jest spowolnić

Jeśli Arsenal w tym roku coś wyniósł do rangi dyscypliny, to jest to gra na czas, gdy wymaga tego sytuacja. Ta strategia, która wcale nie jest marginalna, już pomogła zdobyć pierwszy tytuł mistrza Anglii po 22 latach. Arteta, znany od kilku sezonów ze swoich umiejętności technicznych i taktycznych, obrał własną drogę – połączył grę pozycyjną z bezkompromisowym pragmatyzmem i dosłownie zaczął bawić się przepisami.

Gdy tylko gra zostaje przerwana, Kanonierzy nie spieszą się ze wznowieniem. Zawodnicy wynoszą piłkę dalej, celowo opóźniają wrzuty z autu. Te gesty mogą wydawać się błahe, ale kryje się w nich siła. W Lidze Mistrzów londyński klub zajmuje dopiero 30. miejsce w rankingu czystego czasu gry.

Podczas gdy nowoczesny futbol stara się przyspieszać, pressować i łączyć akcje w szybkim tempie, Arsenal wybiera spowolnienie. I czerpie z tego korzyści. Dla drużyny dominującej paradoksalnie rozwiązaniem jest grać mniej. Za tą nieintuicyjną logiką kryje się prosta prawda – kontrolować tempo to narzucić rywalowi własne warunki.

A gdy mistrz ciemnych sztuk i trener Atletico Madryt Diego Simeone stanął w półfinale Ligi Mistrzów na Emirates Stadium naprzeciw zespołu, który rozbijanie tempa uczynił jednym z głównych założeń, stracił nerwy. Jego piłkarze byli zaskoczeni i nie rozumieli, co się z nimi dzieje. Koke, doświadczony specjalista od spowalniania gry, został pokonany własną bronią.

Simeone jednak zamiast się obrażać, zaakceptował to. Przyznał, że strategie gry na czas są nieodłączną częścią futbolu i oddał rywalom szczery hołd: "Wszyscy wiemy, że w ostatnich minutach chce się, by czas płynął szybciej. Praca Artety jest niesamowita, a oni mają środki, by osiągnąć to, co sobie założyli. Wykonali świetną robotę".

W marcu tego roku, krótko po meczu Arsenalu z Brightonem, renomowany portal The Athletic opublikował ciekawą statystykę: Kanonierzy spędzili 30 minut i 51 sekund (!) na wznawianiu gry. Wieczność... A do tego zwycięstwo 1:0.

Szczegóły mówią same za siebie. Declan Rice czekał aż 62 sekundy przed wykonaniem rzutu wolnego, w innej sytuacji nawet o siedem sekund dłużej. Cristhian Mosquera potrzebował 44 sekund między wybiciem a wznowieniem gry od bramki. Pierwszy rzut rożny Arsenalu miał miejsce dopiero w 63 minucie – a jego rozegranie trwało ponad minutę. To potwierdziło średnią 44,5 na rzut rożny według firmy Opta, najwięcej w Premier League.

W sumie 34 gole po stałych fragmentach gry w tym sezonie. Ta liczba robi wrażenie i plasuje Arsenal na szczycie europejskiej hierarchii. Jednak tym, co naprawdę wyróżnia Kanonierów spośród innych specjalistów od stałych fragmentów, nie jest tylko jakość wykonawców czy precyzja wyćwiczonych schematów. To zamysł, który stoi za wynikiem. Zespół bowiem sam prowokuje te sytuacje.

Szukanie kontaktu, zaostrzanie pojedynków, celowe spowalnianie tempa w odpowiednim momencie. Wszystko jest przemyślane, precyzyjnie ustawione i wyćwiczone na treningach, by mecz wszedł w strefę, w której podopieczni Artety czują się najlepiej. Nie jest przypadkiem, że Kanonierzy należą do drużyn, które w Lidze Mistrzów spędzają najwięcej czasu na atakowaniu po stałych fragmentach gry.

Siebert – zmienna finału

Druga strona tego systemu, mniej widoczna, ale równie skuteczna, dotyczy powstrzymywania przejść rywali do ataku. W starciach z najlepszymi zespołami Europy Arsenal należy do tych, które po stracie piłki popełniają najwięcej taktycznych fauli.

Cel jest jasny – zatrzymać kontratak zanim nabierze rozpędu, rozbić rytm, odebrać rywalowi jakikolwiek ładunek emocjonalny i pozwolić drużynie ponownie się ustawić, zanim zagrożenie wzrośnie. W ten sposób można w Europie zbudować opinię najlepszej defensywy w Lidze Mistrzów.

Faule są celowe, tolerowane, przemyślane. Natychmiastowa podatność na atak zamienia się w taktyczną pauzę. Dla rywala to nieprzyjemna sprawa, ale idealnie wpisuje się w plan Arsenalu. Za każdym gwizdkiem w tej sytuacji kryje się w rzeczywistości mały akt odzyskania kontroli nad meczem. Arteta doskonale wie, o co gra jego zespół. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła.

Jednak nawet w czasach, gdy każdy kontakt w piłce można wyliczyć, wciąż istnieje zmienna, która może wymknąć się spod kontroli hiszpańskiego stratega. Człowiek z gwizdkiem. Bo gra na granicy przepisów oznacza pogodzenie się z prostą rzeczywistością – o tym, gdzie leży ich dopuszczalna granica, decyduje trzecia strona.

A właśnie ta granica będzie miała 30 maja w Budapeszcie konkretną twarz – niemieckiego arbitra Daniela Sieberta. UEFA powierzyła 42-letniemu sędziemu prowadzenie finału pomiędzy Arsenalem a PSG, a dla Kanonierów będzie to już trzecie spotkanie z nim w tym sezonie Ligi Mistrzów. Sędziował pierwszy mecz ćwierćfinału ze Sportingiem oraz rewanż półfinału z Atletico – oba spotkania zakończyły się sukcesem londyńskiej drużyny.

Jednak występ Sieberta w półfinale z Atletico wywołał ostrą krytykę niektórych madryckich mediów po serii kontrowersyjnych decyzji. To szczegół, którego nie można lekceważyć. Bo gdy zespół buduje część swojej tożsamości na kontrolowaniu szarych stref gry, interpretacja sędziego staje się niemal osobnym elementem taktycznym.

Ti potrebbero interessare anche